W Phnom Penh, stolicy Kambodży, przez wąskie boczne drzwi wchodzi się z ulicy do restauracji „Pjongjang”, jednej z wielu kulinarnych ambasad Korei Północnej. W restauracji panuje swobodna atmosfera. Biznesmeni z Korei Południowej i Japonii klaszczą w rytm muzyki, do której tańczą Koreanki z Północy. Całe doświadczenie posiłku to nie tylko jedzenie, lecz również spektakl kulturalny – muzyka, taniec i śpiew. W powietrzu czuć piwo i kimczi, czyli północnokoreański specjał z kapusty.

Mające zezwolenie północnokoreańskiego ministerstwa turystyki kucharze i kelnerki serwują oryginalne przysmaki z ich kraju: surową i gotowaną rybę, gulasz z psa, makaron a la Pjongjang oraz kapustę w różnych odsłonach. Kolacja z dwoma daniami i napojami kosztuje ok. 60 dol. za osobę. W tej restauracji nie ma napiwków, choć płaci się tu pięć razy więcej niż w innych podobnych lokalach. Kelnerki mają dodatkowe zadanie: jak najbardziej zbliżyć się do gości, dyplomatów i biznesmenów, by słuchać, o czym rozmawiają. Tacy klienci to dla reżimu źródło informacji na przykład o polityce Południa. 

Jakie dochody płyną z kulinarnych ambasad Korei Północnej? Ocenia się, że ok. 10 mln dol. rocznie. Restauracje nie są więc najważniejszym źródłem dewiz dla reżimu, ale są na tyle ważne, by ich nie likwidować, a nawet je rozwijać. Na kontynencie europejskim działa już północnokoreańska sieć franczyzowa. Pierwsza restauracja „Pjongjang” została otwarta w 2012 r. w Amsterdamie. 

Red.

Print Friendly, PDF & Email

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ